Wyprawa wędkarska nad Ebro – Riba Roja w marcu.

Wyprawa-nad-Ebro-sandacz

Marzec to miesiąc, który wielu wędkarzom kojarzy się z pierwszymi wyprawami i nadzieją na mocne otwarcie sezonu. W Polsce w tym czasie wiele gatunków drapieżników jest pod ochroną, dlatego postanowiliśmy zmierzyć się z legendarnymi wodami rzeki Ebro w Hiszpanii. Wybraliśmy się do miejscowości Riba Roja, położonej 170 km od Barcelony. Celem były przede wszystkim sandacze i sumy. Techniki, które mieliśmy w planach stosować, obejmowały vertical, spinning, zestaw ze spławikiem oraz łowienie stacjonarne z brzegu. Niestety, rzeczywistość okazała się znacznie trudniejsza, niż mogliśmy przewidzieć.


Trudne warunki – wysoka woda i silny nurt

Po dotarciu na miejsce szybko zorientowaliśmy się, że nie będzie łatwo. Obfite opady deszczu w poprzednich dniach oraz zrzuty wody z tamy sprawiły, że poziom rzeki był wyraźnie wyższy niż zazwyczaj, a nurt – znacznie silniejszy. Dodatkowo, marcowa pogoda nie rozpieszczała. Chłód –  w dzień 12-13 stopni, w nocy temperatura spadała nawet w okolice zera, obfite opady i silny wiatr skutecznie utrudniały, czy uniemożliwiały komfortowe wędkowanie z łodzi.

Rzeka-Ebro-zrzut-wody-z-tamy

Poszukiwanie skutecznej metody

Rozpoczęliśmy od spinningu. Na spokojniejszej wodzie, gdzie udawało się stanąć na kotwicy, szukaliśmy sandaczy. Próbowaliśmy również w dryfie opukiwać dno na głębszej wodzie, gdzie w teorii ryby mogły schronić się przed silnym nurtem. Niestety, brań nie było. Próby łowienia w pionie również nie przyniosły efektów, mimo że na echosondzie pokazywały się ryby, w tym sumy. Pierwszy dzień zamknęliśmy bez ryby.

Po zmroku popłynęliśmy pod tamę. Na ten sam pomysł wpadli chyba wszyscy okoliczni wędkarze, bo było ich więcej niż kormoranów na drzewach. Niestety pod tamą również nie było szału. Bliskie podpłynięcie nie wchodziło w grę z powodu silnych wirów od pracujących turbin, a tam, gdzie było względnie bezpiecznie, miejsca były już zajęte. Oczywiście w Hiszpanii również obowiązują przepisy, regulujące wędkowanie w pobliżu tam. W Katalonii należy zachować odległość 400 m od zapory. Pewnie dlatego następnego dnia pojawiła się policja, która wlepiała mandaty za brak zachowania przepisowej odległości.  

Ebro-tama

Postanowiliśmy poszukać nowych miejscówek. Złowiliśmy pierwsze sandacze ok. 60 cm.

Sandacz-z-Ebro

Kolejnego dnia zaczęło padać. Na woblera w trollingu wyszedł pierwszy sum poniżej metra długości. Było jeszcze jedno branie, lecz ryba się spięła. Według prognozy miało padać całą noc, dlatego późnym popołudniem spłynęliśmy do bazy, odpoczęliśmy chwilę i rozstawiliśmy zestawy z brzegu. Nęcenie nie miało sensu z powodu uciągu wody, zestawy postawiliśmy blisko brzegu na ok. 2-metrowej wodzie. Wytrzymaliśmy do północy. Po całym dniu na łodzi w deszczu i chłodzie, pokonało nas zmęczenie i jeszcze bardziej przenikliwy, nocny chłód…

Ebro-wobler-sumowy

Ostatniego, czwartego dnia popłynęliśmy na wcześniej upatrzone miejsce, gdzie w ruch poszły zestawy z rosówką na spławiku oraz z martwymi sardynkami z gruntu na sandacza. Niestety ponownie ryby nie dopisały, mieliśmy sporadyczne brania małych sumów. Chociaż nie wróciliśmy z pustymi rękami, to liczyliśmy na znacznie więcej…

Ebro-sum

Podsumowanie

Choć wyniki były słabe, to ta wyprawa nauczyła nas pokory i jeszcze większego szacunku do tej rzeki. Ebro potrafi dawać, ale i odbierać. Silny nurt, zmienna pogoda i nieprzewidywalność warunków to elementy, które każdy wędkarz musi wziąć pod uwagę, planując tam wyjazd. Mimo przeciwności, czas spędzony na wodzie i w pięknych okolicznościach przyrody rekompensował trudności.

Czy wrócimy nad Ebro? Oczywiście! Bo każda nieudana wyprawa to tylko motywacja do kolejnej – z lepszym przygotowaniem i nowymi strategiami. Następnym razem spróbujemy w cieplejszej porze. Skupimy się na metodach stacjonarnych. Miejmy nadzieję, że woda będzie bardziej łaskawa.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top